Czarna wraca
Tygodniami nie byłam przy sobie blisko.
Nie mam już gdzie odwrócić wzroku.
To tylko kilka centymetrów. Może nawet mniej. Odległość na rozciągnięcie rzęsy. Tej naturalnej.
Przeraża mnie.
To patrzenie sobie w oczy. Na ten ból, zaciśnięte szczęki i spięte mięśnie rąk. Na brzuch, który nie działa tak, jak powinien. Na głowę, z której wypadają włosy. Na twarz bledszą niż przed tym wszystkim.
Nie widzę cienkiej linii łączącej mnie z Czarną.
Nie chcę jej widzieć.
Wiem, jak się tam schodzi. I wiem, jak się wraca.
Latami ćwiczyłam te drogi.
Ale zatonęłam razem z nią w pościeli na wiele dni.
Już nie wiedziałam, gdzie kończy się sen, a zaczynam ja.
Zachłysnęłam się tam smutkiem, którego już nie wpuszczam ani na sekundę.
Nawet w szczelinę między jednym oddechem a drugim. Zaciskam się szybciej, niż zdąży się pojawić.
Tylko, że on nie potrzebuje drzwi.
Jest w tym, jak nagle cichnę w połowie zdania.
W dłoniach, które nie wiedzą, gdzie się podziać, gdy ktoś na mnie patrzy.
W spojrzeniu, które omija lustra.
W brzuchu, który znika z dnia na dzień.
Siedzi blisko, między żebrami.
Każdy ruch trzeba przez niego przecisnąć.
Jest tak blisko, że nie da się go nazwać obcym.
On ma już mój kształt.
Oddycha moim oddechem. Patrzy moimi oczami.
Wie dokładnie, gdzie nacisnąć, bo jest zrobiony z tych samych miejsc.
Jesteśmy w tym razem.
I nie wiem co będzie dalej.
